Analiza zmian MEN od 2026 roku: edukacja włączająca, orzeczenia, poradnie, uczniowie ze SPE, rodzice i nauczyciele współorganizujący kształcenie.

Nowe rozporządzenie MEN 2026: edukacja włączająca, orzeczenia i realne wsparcie uczniów

Zmiany MEN planowane od 2026 roku budzą wiele pytań wśród nauczycieli, rodziców i specjalistów. Nowe zasady orzekania, rola poradni psychologiczno-pedagogicznych oraz przyszłość edukacji włączającej mogą realnie wpłynąć na wsparcie uczniów ze SPE w szkołach. Warto więc spojrzeć na ten temat z kilku perspektyw.

Nowe rozporządzenie MEN 2026: do czego naprawdę dąży zmiana?

To tekst opiniotwórczy, oparty na obserwacjach pracy szkoły i dyskusjach wokół planowanych zmian.

W gronie nauczycielskim trwają głośne debaty na temat nowego rozporządzenia MEN 2026 dotyczącego zasad orzekania w poradniach psychologiczno-pedagogicznych. Zmiany mają obowiązywać od września 2026 roku i już teraz budzą wiele pytań wśród nauczycieli, rodziców oraz osób pracujących z uczniami ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi.

Na pierwszy rzut oka nowe przepisy mają poprawić dostęp do wsparcia oferowanego przez poradnie psychologiczno-pedagogiczne. Jednak doświadczenia z czasu pandemii sprawiają, że wokół reformy pojawia się wiele wątpliwości. Czy naprawdę chodzi o rozwój państwowych poradni i realny dostęp do pomocy? Czy może o ograniczenie liczby orzeczeń o potrzebie kształcenia specjalnego i szukanie oszczędności w oświacie?

Cele edukacji włączającej opierają się na kilku kluczowych założeniach: wspólnej nauce uczniów ze SPE w klasach ogólnodostępnych, indywidualizacji nauczania, dostosowaniu tempa pracy do możliwości ucznia, zapewnieniu odpowiednich warunków, wsparcia specjalistów oraz pomocy dydaktycznych. Wśród głównych celów wskazuje się zwiększenie szans edukacyjnych i rozwijanie potencjału dzieci ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi.

Sześć perspektyw zmian MEN od 2026 roku

W tej sprawie można wyróżnić sześć punktów widzenia: MEN, poradnie psychologiczno-pedagogiczne, nauczyciele, rodzice, dzieci oraz nauczyciele współorganizujący kształcenie.

Każda z tych grup patrzy na edukację włączającą z innej strony. Każda ma inne doświadczenia, inne potrzeby i inne obawy. Dlatego trudno mówić o reformie tylko językiem przepisów. Za każdą decyzją administracyjną stoją konkretni uczniowie, rodziny, nauczyciele i szkoły.

Perspektywa MEN: reforma czy szukanie oszczędności?

MEN nie udało się w pełni zrealizować założeń edukacji włączającej. Trudno jednoznacznie powiedzieć, czy problem tkwi w niegotowości klasycznej szkoły do włączenia edukacji specjalnej, czy nadal odczuwamy skutki okresu pandemii. Dlatego założenia nowego rozporządzenia bardziej skłaniają do pytania o oszczędności w oświacie, bo w ostatnich latach „pojawiło się” zbyt dużo dzieci atypowych.

MEN nie jest w stanie wprost wpływać na lekarzy, dlatego dokumentacja medyczna ma być jedynie pomocniczym źródłem informacji. Problemy w rodzinie lub brak wspólnego postrzegania potrzeb dziecka mogą skutkować pozostawieniem wniosku bez rozpatrzenia w przypadku braku podpisu, czyli zgody obojga rodziców.

Kolejki w przychodniach terenowych mogą dodatkowo wydłużyć udzielenie realnego wsparcia o rok, dwa lata, a czasem jeszcze dłużej. Dla dziecka to nie jest tylko „czas oczekiwania”. To konkretne miesiące nauki, relacji, trudności i często narastającego przeciążenia.

Perspektywa poradni psychologiczno-pedagogicznych

Poradnie psychologiczno-pedagogiczne funkcjonują w systemie silnie zależnym od decyzji administracyjnych i finansowych. Są podporządkowane określonym procedurom i kontroli, więc będą orzekały w granicach wyznaczonych przez nowe przepisy oraz możliwości organizacyjne systemu.

Niż demograficzny, rozwój nauczania domowego i rosnąca liczba szkół niepublicznych to zjawiska, które wypadają spod pełnej kontroli tradycyjnego modelu szkolnictwa. System próbuje więc „pozbierać” dzieci do jednego porządku i utrzymać znaną strukturę szkoły.

W praktyce może to oznaczać próbę uporządkowania liczby orzeczeń oraz form wsparcia. Pytanie tylko, czy takie uporządkowanie będzie rzeczywistą pomocą dla ucznia, czy raczej administracyjnym sposobem ograniczenia kosztów.

Perspektywa nauczycieli

Nauczyciele zostali postawieni w bardzo trudnej sytuacji. Muszą jednocześnie pracować z uczniami wybitnie zdolnymi oraz z uczniami ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi. Większość z nich jest przede wszystkim dydaktykami przedmiotów nauczania, więc nie zawsze posiada kwalifikacje, wiedzę i doświadczenie w pracy specjalistycznej.

Nikt wcześniej nie pomyślał o tym systemowo. Edukacja włączająca została wprowadzona jako idea, ale szkoła często nie dostała wystarczających narzędzi, czasu, kadr i warunków, aby tę ideę realizować bez przeciążania nauczycieli i uczniów.

Dlatego nauczyciel przedmiotu coraz częściej znajduje się w sytuacji, w której ma prowadzić lekcję dla całej klasy, realizować podstawę programową, indywidualizować pracę, wspierać uczniów ze SPE, reagować na zachowania trudne i jednocześnie dbać o uczniów zdolnych. To nie jest zadanie niemożliwe, ale wymaga realnego wsparcia, a nie tylko kolejnych oczekiwań.

Perspektywa rodziców

Rodzice walczą o dobro swoich dzieci. Zakładamy tutaj pozytywne intencje: zarówno w przypadku dzieci szczególnie uzdolnionych, jak i tych z nietypowymi potrzebami, które wymagają wsparcia.

Jeśli nakładamy na dzieci obowiązek szkolny, to musimy zapewnić im odpowiednie warunki. Jeśli wymagamy od rodziców współpracy, to musimy zadbać o ich dzieci jak o własne. Jeśli oczekujemy zrozumienia, to musimy szanować osobowość, inność i potrzeby ich dzieci.

Rodzic, który szuka diagnozy, opinii lub orzeczenia, bardzo często nie robi tego „dla papieru”. Robi to dlatego, że widzi trudności dziecka, których szkoła nie zawsze potrafi zauważyć albo właściwie nazwać. Dla rodzica dokumentacja jest często jedyną drogą, aby dziecko otrzymało wsparcie.

Perspektywa dzieci

Najbardziej wrażliwymi uczestnikami tego systemu pozostają same dzieci. One czują to bez słów. To one muszą odnaleźć się w rzeczywistości, w której szkoła próbuje pogodzić bardzo różne potrzeby i możliwości uczniów.

W tej sytuacji poszkodowane mogą być także dzieci „zwykłe”, czyli te, które nie mają orzeczeń, opinii ani szczególnych zapisów w dokumentacji, ale funkcjonują w klasach coraz bardziej zróżnicowanych. One również muszą odnaleźć się w chaosie, hałasie, zmianach organizacyjnych i napięciach, które pojawiają się w szkole.

Nie oznacza to, że dzieci ze SPE są problemem. Problemem jest system, który próbuje różnorodność uczniów zmieścić w jednym modelu szkoły, często bez wystarczającego wsparcia dla kogokolwiek.

Perspektywa nauczycieli współorganizujących kształcenie

Szczególnie trudna jest rola nauczycieli współorganizujących kształcenie. Znajdują się oni pomiędzy młotem a kowadłem: pomiędzy oczekiwaniami grona pedagogicznego a potrzebami ucznia.

Nauczyciele prowadzący często traktują ich jako zagrożenie, zwłaszcza wtedy, gdy nauczyciel współorganizujący rzeczywiście chce współorganizować proces kształcenia. Zdarza się również, że są postrzegani jako „niedozwoleni obserwatorzy”, szczególnie wtedy, gdy sprowadza się ich rolę wyłącznie do hamowania niepożądanych zachowań ucznia.

Jako nauczyciel wspomagający ucznia, nauczyciel współorganizujący powinien być po stronie dziecka, bo właśnie dla niego został zatrudniony. Jako osoba posiadająca wiedzę z zakresu pedagogiki specjalnej widzi, co dzieje się w rzeczywistości szkolnej, ale często nie ma wystarczającego wpływu na organizację pracy. Brakuje współpracy i zrozumienia jego roli w szkole.

Skutki pandemii dla edukacji włączającej

Musimy zrozumieć, że pandemia zmieniła system edukacji bardziej, niż wielu decydentów chce dziś przyznać. Postawiła go z nóg na głowę.

Od czasu pandemii wzrosło zapotrzebowanie na nauczycieli współorganizujących kształcenie, bo mają oni wiedzę specjalistyczną, a zatrudnianie osób na stanowiskach pomocy nauczyciela okazało się niewystarczające. Mam duże poszanowanie dla tych pań i panów, ponieważ ich praca – zarówno nauczycieli współorganizujących, jak i pomocy nauczyciela – jest często traktowana na najniższym poziomie.

W czasie pandemii dzieci zostały same w domu, często prawie bez realnego nauczania. Radziły sobie na miarę swoich możliwości. To rodzice musieli po pracy uczyć swoje dzieci, korzystając z własnych umiejętności, czasu i sił.

„Dzieci pandemiczne”, a wśród nich także „obowiązkowi sześciolatkowie”, są teraz w ostatnich klasach szkoły podstawowej lub już w szkołach ponadpodstawowych. Jeszcze kilka lat i wejdą na rynek pracy. To dopiero będzie wyzwanie. Nie tylko dla szkoły, ale przede wszystkim dla tych młodych ludzi i ich rodzin.

Szkoła w czasie pandemii

W czasie pandemii bardzo wyraźnie ujawniła się skostniałość systemu edukacji. Szkoła technicznie nie była przygotowana do nauczania na odległość. Nauczyciele nie mieli praktycznego doświadczenia w pracy zdalnej i często byli bardziej skupieni na ocenianiu po każdym krótkim powrocie dzieci do klas niż na rzeczywistym odbudowywaniu procesu uczenia się.

Sprawdzano, czego nauczyli ich rodzice albo co dzieci zrozumiały same. Rodzice zostali zobowiązani do kupna sprzętu i wyposażenia osobnego miejsca do nauki dla dziecka, a często dla dwójki lub trójki dzieci.

Dzieci zrozumiały, że nauczyciel w szkole nie jest jedynym źródłem wiedzy. Dzieci uzdolnione uczyły się z Internetu, dzieci „zwykłe” korzystały z niego przy opracowywaniu zadań, a dzieci ze SPE często zostały poza realną opieką i wsparciem.

Teraz musimy poradzić sobie ze skutkami tego okresu i wypracować nowy model kształcenia.

Państwowy system wsparcia po pandemii

Poradnie państwowe w czasie pandemii „pomagały” zdalnie. Rodzice krzyczeli o pomoc. Kolejki do psychologów, psychiatrów dziecięcych i innych specjalistów zmuszały rodziców do szukania pomocy w prywatnych klinikach, za własne pieniądze, bez dotacji i bez dofinansowania.

Państwowy system wsparcia okazał się niewydolny. I właśnie dlatego pytania o nowe zasady orzekania są tak ważne. Jeśli system, który już wcześniej nie radził sobie z potrzebami dzieci, ma teraz jeszcze bardziej ograniczyć dostęp do orzeczeń i wsparcia, to skutki odczują przede wszystkim uczniowie.

System edukacji po pandemii

Teraz wszystko pozornie się uspokoiło, więc przychodzi czas na kolejne reformy. MEN wyposaża szkoły w sprzęt, który był potrzebny osiem lat temu. Reformy określane mianem edukacji cyfrowej są dopiero początkiem drogi do nowoczesnego modelu nauczania.

Technologie rozwijają się szybciej, niż nauczyciele nadążają za reformami, a system edukacji jest w stanie się do nich dostosować. To nie znaczy, że nauczyciele nie chcą zmian. Często chcą, ale potrzebują realnego wsparcia, czasu, szkoleń i rozwiązań, które nie będą tylko kolejnym hasłem w dokumentach.

Pytanie o kierunek zmian

Każdy głos w tej sprawie ma inną odsłonę i każda ze stron tej dyskusji widzi problem z innej perspektywy. Jedno jest jednak pewne: system edukacji stoi przed koniecznością głębokiej zmiany.

I w tym miejscu wracamy do początku tematu. Pozostaje podstawowe pytanie: czy chcemy dostosować system edukacji do potrzeb ucznia, czy raczej zmusimy ucznia do dostosowania się do systemu?

Edukacja włączająca nie może być tylko hasłem w dokumentach. Jeśli naprawdę zależy nam na uczniach ze SPE, dzieciach szczególnie uzdolnionych i tych, które po prostu potrzebują spokojnych warunków do nauki, musimy przestać udawać, że jeden model szkoły odpowiada wszystkim.

Często powtarzamy, że dzieci są przyszłością naszego społeczeństwa. Może więc warto pomyśleć, w jakim świecie chcemy żyć za 5-10 lat. Być może jeszcze mamy szansę coś naprawić.

Przewijanie do góry